run-log

run-log.com

poniedziałek, 21 listopada 2016

Athens Marathon - tropem legendarnego Filippidesa



Maraton w miejscu, w którym miał swój początek. Gdzie, wg legendy, Filippides biegł z Maratonu do Aten, by poinformować Ateńczyków o zwycięskiej bitwie. Teraz my mieliśmy stoczyć swoją osobistą walkę, biegnąc  po  śladach legendarnego maratończyka.  




W dniu biegu najtrudniej było wstać. Pobudka o godzinie 5:10 nie należała do najłatwiejszych, tym bardziej przy zmianie czasu (w Grecji jest o godzinę później niż w Polsce). Mamrocząc coś o o tym, że to nieludzka pora, zwlekłam się z łóżka. Na dworze ciemno. Boże, prawie tak jak w Polsce.

Jako, że w naszym hotelu było zakwaterowanych sporo biegaczy, mieliśmy zapewnione ciepłe śniadanie w porze o wiele wcześniejszej niż zazwyczaj. Dzięki Bogu, bo to, czego z rana potrzebuję przede wszystkim, to gorąca herbata. 

Udając się na przystanek metra dołączyliśmy do grupy maratończyków zmierzających na bieg. Wysiedliśmy na przystanku Syntagma, który był jednym z kilku miejsc, w którym zatrzymywały się autokary zawożące uczestników na start – do Maratonu. Wychodząc ze stacji metra od razu weszliśmy do autobusu – wszystko poszło tak sprawnie, że nawet nie zdążyłam zrobić zdjęcia ;P 

Już jadąc do Maratonu przez szybę mogliśmy obserwować trasę biegu. I bynajmniej nie był to widok optymistyczny. Jechaliśmy cały czas z górki i wiedząc, że trasa biegnie w odwrotnym kierunku, trochę nas to zaczęło przerażać.  

W Maratonie, idąc za innymi biegaczami, kierowaliśmy się w stronę linii startu. Razem z A. byliśmy opatuleni polską flagą, dzięki czemu byliśmy zaczepiani przez innych Polaków na krótką pogawędkę ( jak się okazało - na liście startowej naszych rodaków było ok 450!). 



Kierujemy się w stronę startu


Po rozgrzewce (wspólny trucht większości biegaczy na stadionie - niesamowity widok!), udaliśmy się z A., żeby oddać swoje rzeczy do samochodów przeznaczonych na depozyt, które później miały na nas czekać już na mecie.  Niestety, razem z A. startowaliśmy z różnych bloków startowych (ja z 6 a on z 9 ). Jako że chcieliśmy biec razem, opracowaliśmy strategię, w której miałam biec w miarę wolno, żeby A. mógł mnie w pewnym momencie dogonić i kolejne kilometry przebieglibyśmy już razem. 





Ustawiłam się w swoim bloku startowym. Przed rozpoczęciem biegu odmówiona jeszcze była przysięga (po grecku i angielsku)



Nasi tu są! :D

No i się zaczęło...  Biegłam naprawdę ślimaczym tempem (czasami nawet powyżej 6:30), mając na względzie goniącego mnie gdzieś z tyłu A. Obok mnie ludzie rozmawiający w różnych językach i mający na sobie koszulki z biegów z różnych rejonów świata. Mimo, że byliśmy z różnych stron świata, to łączył nas teraz ten właśnie bieg.

 Choć na początku wydawało się, że upał nas dobije, to okazało się, ze pogoda była dla mnie wprost idealna. Chwytałam zachłannie promienie słoneczne, których niestety o tej porze roku w Polsce brakuje. Choć chyba niektórym było tęskno za zimnem - minęli mnie dwaj biegacze, którzy śpiewali "I'm dreaming of a white Christmas" :P Z moimi łydkami nie było najlepiej. Ostatnio dokuczały mi uporczliwe skurcze, które dopadły mnie i teraz. Jeszcze nie przebiegłam pierwszego kilometra, a już łykałam magnez, żeby się trochę poratować. Byłam też trochę zaskoczona trasą, bo okazało się, że podbiegi w maratonie nie zaczynały się od 19. kilometra Itak jak wynikało z profilu trasy). Zaczynały się już od 1. kilometra ... 

Po 8 km zadzwoniłam do A., żeby dowiedzieć się gdzie dokładnie jest (biegłam w tak ślamazarnym tempie, że myślałam, że już mnie przegonił). Okazało się, że jest tylko pół kilometra za mną. Tuż przed 9 km udało nam się w końcu spotkać i biec już dalej wspólnie. 

Czytając wcześniej inne blogi natrafiałam na informację, że trasa maratonu jest nudna, bo nie ma na niej żadnych kibiców. To nieprawda. Ludzi było mnóstwo - tych krzyczących, klaszczących i tańczących zorbę (!), by w ten sposób dopingować biegaczy.  Spotkaliśmy także kibiców z Polski, co było okazją do wspólnego zaśpiewania  "Polska, biało-czerwoni! :D 


W oddali na tych zdjęciach widać baardzo długie podbiegi


Punkty odżywcze były dopięte na ostatni guzik. Co 2,5 km można było napić się wody (podawanej w butelkach), zaś co 5 km - izotoniku. Dzięki temu mogliśmy cały czas się nawadniać i polewać wodą, biegnąc z butelką od punktu do punktu. Teren robił się coraz bardziej wymagający i coraz bardziej dawał nam się we znaki. Napotykaliśmy cały czas na podbiegi, które były dość strome i dłuuugie. Na tej strasie można było sobie spokojnie wyrobić brazylijskie pośladki.  Połykaliśmy kolejne shoty magnezowe, jednak A. cały czas łapały skurcze. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, by rozmasować jego uda. Skorzystaliśmy też z jednego z  punktów medycznych (dość często rozstawionych na trasie), który oferował maść rozgrzewającą; na niewiele się to jednak zdało. Nie powiem - wkurzałam się trochę. Ciągłe postoje wybijały mnie trochę z rytmu. Poza tym przez ciągłe podbiegi zaczął mnie najzwyczajniej boleć tyłek. Przechodzenie do biegu po kolejnym postoju sprawiało, że odczuwałam większy ból. Nie chciałam jednak biec bez niego. Przyjechaliśmy do Aten, żeby przeżyć swego rodzaju przygodę. Wspólnie. Więc pomimo tego, że ciągłe postoje działały mi na nerwy, to jak na uczynną żonę przystało, dzielnie masowałam A. uda i powtarzałam: "Nie skupiaj się na bólu. Rozejrzyj się. Zobacz jak tu pięknie!".

Według profilu trasy, to dopiero po 19 km miała mieć miejsce prawdziwa podbiegowa masakra. Jednak odczułam to zupełnie inaczej. Miałam wrażenie, że to, co było za nami było o wiele gorsze. Gdy wbiegliśmy na przedmieścia Aten teren zupełnie zaczął robić się płaski. O ile na początku biegu kilometry mi śmigały, to teraz dłużyły się niemiłosiernie. "Byle do 30 km! Później już będzie z górki" - powtarzałam. I rzeczywiście było. W pewnym momencie mogliśmy się rozpędzić z gwałtownie opadającego terenu, który był chyba rekompensatą za wcześniejsze mordercze podbiegi. A. w pewnym momencie się rozpędził i pozostałam lekko w tyle, bo nie było to tempo dla mnie. 



Jednak nawet taki teren nie był długo łaskawy dla A. - ciągle męczyły go skurcze, a i ja czułam, że moje nogi powoli przypominają beton. "Już bliżej niż dalej!"- powtarzałam sobie. Już 40 km. Prawie koniec. Szukam oznaczenia na 41 km. Gdzie jest?! Wzdłuż trasy mnóstwo ludzi, jest olbrzymi hałas. "Jeszcze 800 m!" -  krzyczy ktoś w naszym kierunku  po polsku. Adrian wyjmuje polską flagę i każde z nas łapie ją z jednej strony. Jestem dumna z naszych barw narodowych, a sama czuję się niczym olimpijczyk z Rio wbiegający na metę :D W swoim kierunku słyszymy okrzyk "Polska!" w różnym języku. Niesamowite uczucie, lecimy jak na skrzydłach. Już ostatni zakręt, wbiegamy na stadion Panathinaiko. I tutaj mówię głośne "Wow!". Stadion jest przepiękny! Powala swoją wielkością i dostojnością. I wtedy myślę, ze było warto się męczyć. Dla tego stadionu. Dla tego niesamowitego widoku. Nadal trzymając flagę wbiegamy z A. na metę. 




W oddali - Akropol



Profil trasy

Warto było przecierpieć podbiegi. Dla tego niesamowitego uczucia zadowolenia na mecie. Dla zaszczytu wbiegnięcia na niezwykły stadion. Tego nigdy się nie zapomni.




Podczas treningu w ostatnim dniu pobytu. Biegowo żegnaliśmy się z miastem. 


P.S. Wspólnie z A. postanowiliśmy, że biegliśmy razem po raz ostatni... :P






7 komentarzy:

  1. Ale tam pięknie! Czytałam już gdzieś o tych autokarach, minach ludzi że ciągle jest z górki, a trasa w drugą stronę... Profil mnie powalił :D Mogłabyś może dodać tu info jak to finansowo wyglądało? (pakiet startowy, dojazd, nocleg itd.)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pakiet startowy kosztował 100 euro. Lot ok. 900 zł (braliśmy 2 duże bagaże), noclegi ponownie. Warto polować na tanie loty w okolicach lutego :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Już nie mogę doczekać się wiosny! Chcę przebiec swój pierwszy kilometr w tym roku! Jestem zmobilizowana. Powoli ćwiczę, by się przygotować. Jakieś wskazówki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim - powoli! :) Każdy zaczynał od marszobiegów :)

      Usuń
  4. Te zdjęcia są wprost oszałamiające :D

    OdpowiedzUsuń