run-log

run-log.com

piątek, 5 sierpnia 2016

Poznań Triathlon cz. 2. Relacja

Piątek 
 
Dzień przed triathlonem co jakiś czas powtarzałam sobie w głowie listę rzeczy, które musiałam zabrać do strefy zmian. W duchu modliłam się też o bezwietrzną pogodę, inaczej wiatr zamieniłby zarówno odcinek pływacki jak i rowerowy w niezły armagedon. Razem z A. odebraliśmy pakiet startowy, odbyliśmy odprawę techniczną i zostawiliśmy rower w strefie zmian. To JUŻ!



Sobota 
Pod względem pogodowym miałam szczęście do „pierwszych razów”. Dzień był wymarzony na debiut, a tak spokojnej wody w Malcie jeszcze nie widziałam. Odetchnęłam z ulgą, że nie trzeba będzie walczyć z falami. Zostawiliśmy jeszcze ostatnie rzeczy w T1 i T2. Pozostało jedynie czekać na godzinę 10.20.








Zielone czepki - nasza strefa czasowa


PŁYWANIE

Razem z A., ubrani już w pianki i czepki, stoimy w kolejce do wejścia do wody. Póki co jest spokojnie, nikt się nie przepycha. Bonusowo mamy do przepłynięcia 100 m do żółtych bojek, które wyznaczają linię startu. Razem z A. zanurzamy się w wodzie, ostatnie spojrzenie na siebie – po czym gubimy się w tłumie innych czepków i pianek. Woda jest przyjemna, nie paraliżuje całego ciała niską temperaturą. Moje pierwsze ruchy do kraula napawają mnie optymizmem – jest dobrze! Razem z innymi podpływam do bojek i czekam na sygnał do startu. Oj, nie jest łatwo utrzymać się pionowo w wodzie. W końcu upragniony wystrzał armatni. 

Wszyscy ruszają agresywne. Ktoś uderzył mnie w głowę, ktoś inny napływa swoim ciałem na moje, ja sama kogoś łapię za nogę. Mam właśnie okazję wziąć udział w „pralce” o której tyle się naczytałam. Jednak przepychanki trwają tylko chwilę, powoli odległości między zawodnikami się zwiększają i robi się swobodniej. Płynie mi się naprawdę bardzo dobrze i sama jestem tym zdziwiona. Nie wpadłam w panikę, okularki mi nie spadają, czepek też się trzyma. Powtarzam sobie, że to kolejny trening, prawie jak na basenie. Skupiam się na ruchach rąk. Kontroluję czas. Myślę o pizzy, którą sobie później zjem. Myślę, że niedługo będę w połowie najtrudniejszego etapu triathlonu. W końcu przepływam obok jednej i drugiej bojki, nawrotka i powrót! Jeszcze trochę i będę na lądzie. Po nawrotce zaczynają się małe problemy z nawigacją, czuję jak jakaś siła pcha mnie ciągle w prawą stronę. W efekcie ciągle wypływam poza linię bojek, która wyznacza tor płynięcia. Zaczynam się wkurzać, bo wiem, ze w tym momencie niepotrzebnie nadrabiam dystans i jednocześnie tracę na czasie. „Skup się!” – powtarzam sobie co chwilę. 

Takim zygzakiem płynęłam...
Staram się trochę wyciszyć, bo czuję, że moje ruchy zrobiły się trochę nerwowe. Trybuny nad Maltą wydają się już naprawdę blisko, jeszcze trochę… W końcu wychodzę z wody. Wstaję, chcę biec do strefy zmian, ale... nie mogę zrobić kroku; kręci mi się w głowie. Moja konsternacja trwa jakieś 2 sekundy, po których rzucam się biegiem do T1. Zdzieram z siebie piankę, zakładam buty, nakładam kask i biegnę w stronę roweru. Razem z nim biegnę do linii, za którą będę mogła na niego wsiąść. Nie wiem skąd mam siły, ale biegnę.



ROWER

Jest źle. W duchu klnę na wszystko. Na to, że nie przećwiczyłam zakładki pływacko-kolarskiej i teraz moje nogi cierpią katusze. Na to, ze jakaś cholera podkusiła mnie, żebym w triathlonie wystartowała z rowerem MTB i teraz czułam każdy kilogram jego masy, podczas gdy z prędkością światła wymijali mnie ludzie na szosówkach. Czuję, że nie mam sił pedałować szybciej, piję łapczywie izotonik i połykam żel, żeby szybko uzupełnić węglowodany. Klnę na trasę, którą chyba tylko niewidomy mógł nazwać „płaską”. Patrzę na zegarek i przeraża mnie żenująca prędkość, którą osiągam. Pocieszam się, że pływanie zajęło mi mniej czasu niż zakładałam, więc zyskałam dodatkowe minuty na rower. 

Wyglądam, jakbym wybrała się na wycieczkę :P


Chce mi się płakać i naprawdę myślę o zejściu z trasy i powrocie do domu. Przecież nic by się nie stało...  A z takim tempem jakim jadę i tak nie zmieszczę się w limicie czasu. I wtedy myślę o tych wszystkich treningach, na które chodziłam przez pół roku, o basenie na 7 rano, o 40-kilometrowych wyprawach rowerowych... Zaczynam pedałować z największą zaciętością na jaką mnie teraz stać. Głośny okrzyk „Ja pierdolę!” trochę pomaga. Dopiero po 10-tym km czuję, ze moje nogi powoli przestawiają się na tryb „rower”. Dam radę, dam radę kurwa! Po nawrotce zrobiło się jakby lżej. Mknę najszybciej jak mogę (32-37 km/h), wymijam niektóre osoby na szosówkach (hehe). Co jakiś czas zerkam na zegarek i kontroluję czas. W końcu nawrotka do Krańcowej, wysiadka z roweru i strefa T2.

BIEG


W  T2 spokojnie piję izotonik, biorę łyk żelu, zostawiam w worku kask i ruszam. Wiem, że to ukończę, choćbym miała się czołgać do mety (choć się na to się nie zanosiło). Zaczęły mnie łapać skurcze w łydkach, szybko piję magnes, który szczęśliwym trafem wzięłam ze sobą. Biegnę. Już nie muszę o niczym myśleć, bieganie dobrze „znam” i nie muszę się już o nic martwić.  

fot. Garnek Mocy

Patrzę na zegarek i coś mi nie pasuje. Liczę w głowie kilka razy. Nieee, to niemożliwe, żebym ukończyła całość raptem po 3 godzinach z hakiem. Przecież modliłam się o to, żeby  móc zmieścić się w limicie, który wynosi 4 godziny – a do limitu mi jeszcze daleko. Liczę jeszcze raz. Wydało mi się to wszystko nieprawdopodobne. Biegnę już naprawdę ostatni odcinek przez Stary Rynek, jeszcze podbieg na Paderewskiego i widzę JĄ – metę! Boże, to niemożliwe, udało się! Szczęśliwa mijam linię mety i ściskam już A. który czekał na mnie. I jakie są moje pierwsze słowa po ukończeniu triathlonu? Żadne tam „Nigdy więcej!”, czy „Ale masakra!”. Mówię: „Podobało mi się!”. Czas na mecie: 3:05:06.








P.S. Trenując do triathlonu przepłynęłam na basenie ok. 64 km...



8 komentarzy: