run-log

run-log.com

wtorek, 11 lipca 2017

VII Supermaraton Gór Stołowych - ultra po raz drugi!

Zadziwiające jest, jak wielkie pokłady masochizmu skrywa w sobie biegacz. Mniej więcej tym torem toczyły się moje myśli, gdy dojeżdżaliśmy do Pasterki. W tamtym roku (klik) na Maratonie Gór Stołowych ja biegłam ze skręconą kostką od 13 km, razem z A. przeżywaliśmy traumę i ledwo zmieściliśmy się w limicie czasu. Jednak  mimo wszystko tutaj wracamy. 

dzień przed startem...

Już wiedzieliśmy jak wygląda trasa. I nie do końca wiedziałam, czy to dobrze, czy źle… Wspomnienie trasy wywoływało dreszcze... Plusem było to, że rok temu zdobyliśmy doświadczenie, które miało nam pomóc w przygotowaniach do tegorocznej edycji. Ćwiczyliśmy podbiegi i technikę zbiegów – właśnie ten drugi wariant stanowił wcześniej nasz największy problem. Na siłowni robiliśmy liczne wykroki i wejścia na skrzynię, wzmacnialiśmy też mięśnie głębokie. Skupiłam się także na podskokach z wysoko uniesionymi kolanami, żeby wzmocnić mięśnie biodrowo-lędźwiowe. Nie uchroniło mnie to jednak od pytania „czemu robię to swojemu ciału?!”, które dopadło mnie ok. 30 km…


Pech chciał, że w dniu startu przypadł pierwszy dzień TYCH kobiecych dni. Miałam ochotę się zastrzelić… Musiałam zacisnąć zęby. Powtarzałam sobie, że najwyżej trochę poboli i przestanie. Nie wzięłam pod uwagę jednego – że będę bardzo osłabiona...





Już przed pierwszym kilometrem czułam, że jet źle. Później było tylko gorzej…. Dyszałam jak stary parowóz, w ogóle nie mogłam ustabilizować swojego oddechu. Jeszcze przed pierwszym punktem kontrolnym, stwierdziłam, że nie dam rady…To bieg tego dnia był zdecydowanie powyżej moich fizycznych możliwości. Oczami wyobraźni widziałam już DNF przy swoim nazwisku na liście uczestników... Nie wiem, jakim cudem na Slavnym (1. punkt kontrolny) miałam siły się jeszcze uśmiechać…. Postanowiłam dotrwać do punktu przy Pasterce. Jeżeli nadal będę czuła się fatalnie – zejdę z trasy.


fot.: Ryszard Kostarkiewicz


Ogromnym plusem tegorocznych numerów startowych było wypisanie limitów czasowych na poszczególnych punktach. Umożliwiało to kontrolę czasu biegu.  Na drugim punkcie kontrolnym (ponownie Slavny), zauważyliśmy, że mamy godzinny zapas czasu. Zależało nam, żeby tego „zapasu” było jak najwięcej przed Pasterką, bo właśnie wtedy zaczyna się najtrudniejszy etap biegu. 




Przy Pasterce śmiało poczęstowaliśmy się arbuzami i pomarańczami (nigdzie nie smakują tak dobrze, jak właśnie na Maratonie Gór Stołowych!). Czułam się już lepiej i postanowiłam biec dalej. W końcu prawie 3/5 trasy miałam już za sobą i 45 minut przewagi czasowej. Razem z A. ruszyliśmy atakować odcinek, który w zeszłym roku pochłonął nam najwięcej czasu. Jednak teraz fakt, że mamy zapas czasowy, był niemałym luksusem, nie musieliśmy gnać, by za wszelką ceną zmieścić się w limicie. 

Bardzo dużą rolę na trasie odkrywali napotykani na drodze turyści, Bardzo pozytywnie reagowali na biegaczy. Dopingowali, klaskali, jedna pani chciała mnie nawet poczęstować colą ;)  A propos coli... Na 4 punkcie kontrolnym (36 km), podobnie jak w roku ubiegłym, wielką niespodzianką dla biegaczy była właśnie cola! A. od razu nalał nam jej trochę do bidonu – okazała się wybawieniem na kolejnych etapach. 
Jakieś 10 - 12 km przed metą, jeszcze przed Błędnymi Skałami zmieniła się diametralnie pogoda, która do tej pory częstowała nas drobnym deszczem, a teraz pokazała swoje groźniejsze oblicze. Nagle lunął na nas deszcz. W jednej chwili wszystko zamieniło się w potok wody, skały zrobiły się śliskie, a ziemia przemieniła się w błoto. My sami zaś strasznie przemokliśmy. Zrobiło mi się zimno, próbowałam sobie rozgrzać jakoś dłonie, ale palce miałam tak napuchnięte, że nie  mogłam ich zgiąć…

Na ostatnim punkcie kontrolnym już się nie zatrzymywaliśmy – nie czuliśmy takiej potrzeby, a do mety było już blisko. Coraz bardziej zaczęło mnie boleć kolano, które zaczęło mi dokuczać już na wcześniejszych kilometrach. Ból był straszny, miałam wrażenie, że moja rzepka zaraz pęknie mi na pół… Byłam już zmęczona, chciałam już znaleźć się na mecie. Za to A. skakał dookoła po skałach jak kozica i wesoło rozmawiał z innymi biegaczami. Miałam ochotę go zastrzelić… 

A. na ostatnim zakręcie do Szczelińca


Meta już była blisko. Tylko jeszcze te schody na Szczeliniec.… Zdawało się, że nie mają końca… Kroczek po kroczku, szło w miarę sprawnie. Schodzący ze szczytu nas dopingowali, dodawało nam to trochę mocy. Ostatni zakręt i jest – meta! Zrobiliśmy to! Godzinę wcześniej niż w zeszłym roku! Czas: 8:10:14!



Trudno opisać to, co się wtedy czuje. Z jednej strony ogromną radość i ulgę, że to już koniec. Z drugiej – niedowierzanie, że zrobiło się coś takiego.



Maraton Gór Stołowych charakteryzuje się trudną technicznie trasą. Podczas biegu mam ochotę zastrzelić się. Jednak tu wróciłam, bo dla mnie ten bieg jest wyjątkowy za atmosferę, jaka na nim panuje. I szczerze Wam powiem, że kocham ten maraton. Za ten gwar rozmów biegaczy i pyszną pomidorową w schronisku na Szczelińcu, gdy już jest po wszystkim. Za przygotowane dla maratończyków kilkuosobowe pokoje w Szczelince, kiedy to ma się okazję poznać nowych ciekawych ludzi, którzy dzielą tą samą pasję. Za tą imprezę po biegu, podczas której każdy czuje, że jest bohaterem, a wymiana doświadczeń z trasy z innymi biegaczami ma wyjątkowy smak (podsycany regionalnym piwem ;) ). I nawet ten wspólny okrzyk „Boli mnie wszystko!” następnego dnia rano jest jakiś taki… charakterystyczny. Tu nie ma chwalenia się życiówkami i najnowszym zegarkiem. Tutaj każdy, kto ukończył bieg jest wielki. 


1 komentarz:

  1. Gratulację ukończenia maratonu! Sama biegam i wiem jakie to fajne uczucie :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń