Jakież
więc było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia, z poważną miną i z parą starych
tenisówek w ręce, oświadczył, że idzie ze mną pobiegać. Nie omieszkał także
przypomnieć, że przecież kiedyś biegał, a w podstawówce zajął nawet trzecie
miejsce w zawodach biegowych, choć ich nazwy ani ilości kilometrów już nie
pamięta. Mówiąc krótko – jego ambicje były dość wysokie.
niedziela, 11 lutego 2018
Miłość w biegu
Zaczynając
startować w zawodach biegowych, byłam przekonana że mój mąż szybko do mnie
dołączy. Myślałam, że w końcu znudzi mu się rola kibica i wypatrywanie mnie na
mecie. Jednak moja kolekcja medali powoli się powiększała, a on nadal pozostał niewzruszony
na moje działania. Z racji tego, że jego aktywność fizyczna ograniczała się jedynie
do pokonania dystansu między lodówką a tapczanem, próbowałam go jakoś do tego
biegania przekonać. Gdy zwykłe słowa zachęty nie pomagały, sięgnęłam po cięższe
działo, strasząc go miażdżycą, zawałem, ewentualnie wizją otyłego męża przy
boku wysportowanej żony. Wydawać się wtedy mogło, że małżonek pozostaje głuchy
na moje słowa, a argumenty trafiają w próżnię.
wtorek, 21 listopada 2017
Palma de Mallorca Marathon - relacja
Czego
najbardziej potrzebuje biegacz tuż przed startem w maratonie?
Wody?
Pudło.
Kopa w
tyłek „na szczęście”? Mit.
Biegacz,
moi drodzy, przede wszystkim potrzebuje toi-toia….
Do startu
pozostały 3 minuty, a ja nadal stałam w kolejce, która zdawała się nie mieć
końca i nie poruszała się nawet o centymetr. Czułam, że mój pęcherz pęknie po
wcześniejszej wypitej herbacie. Wokół
mnie było kilka tysięcy biegaczy (bieg na 10 km, półmaraton i maraton), a w
strefie startowej znajdowało się około 20 toi-toiów... Łatwo było przewidzieć,
jaki będzie tego efekt… W końcu zrezygnowałam
i razem z A. udaliśmy się do naszej strefy startowej. Popatrzyłam jeszcze
tęsknie w stronę toi-toiów, ale okazało się, że już startujemy! Przed linią
startu A. wyciągnął polską flagę i nawet komentator krzyknął „Polska!”. Tylko
przez chwilę biegliśmy razem, za chwilę zniknął mi już z oczu.
czwartek, 31 sierpnia 2017
Rabdomioliza. Potencjalne zagrożenie życia
Jest stanem
niebezpiecznym dla organizmu. Mało kto o niej słyszał, a szkoda – w podstawową
wiedzę o rabdomiolizie powinien być uzbrojony każdy biegacz.
Rabdomiolizę rozpoznaje
się w efekcie wykonania ekstremalnego wysiłku – pojawia się więc głównie u biegaczy
długodystansowych. Jest to zjawisko rozpadu tkanki mięśniowej i przedostaniem
się do krwi jej zawartości – mioglobiny, elektrolitów (głównie potasu) i
enzymów, które potencjalnie mogą być niebezpieczne dla organizmu. Szacuje się, że występuje o wiele częściej, niż można by sądzić.
![]() |
| źrodło: magazybieganie.pl |
wtorek, 11 lipca 2017
VII Supermaraton Gór Stołowych - ultra po raz drugi!
Zadziwiające
jest, jak wielkie pokłady masochizmu skrywa w sobie biegacz. Mniej więcej tym
torem toczyły się moje myśli, gdy dojeżdżaliśmy do Pasterki. W tamtym roku (klik) na Maratonie Gór Stołowych ja biegłam ze skręconą kostką od 13 km, razem z A. przeżywaliśmy
traumę i ledwo zmieściliśmy się w limicie czasu. Jednak mimo wszystko tutaj wracamy.
| dzień przed startem... |
środa, 12 kwietnia 2017
Maratona di Roma - veni, vidi, vici!
Maratona di Roma był jednym z
moich biegowych marzeń. Bieganie w miejscu, w którym na każdym rogu napotyka się
na kawałek historii wydawało mi się niesamowitym przeżyciem. Podczas mojego
ostatniego pobytu (12 lat temu!) zakochałam się w Wiecznym Mieście i obiecałam
sobie, że kiedyś do niego wrócę. Do głowy by mi wtedy nie przyszło, że wrócę do
niego z zamiarem przebiegnięcia maratonu…
piątek, 6 stycznia 2017
Biegowo w 2017 roku! Czyli plany, plany...
Co prawda Sylwester już dawno przeszedł do historii, ale
noworoczne plany na przyszły rok cały czas chodzą mi po głowie. Oczywiście
tych biegowych także jest pełno ; ) Zastanawiałam się, czy w tym roku ponownie wziąć udział w triathlonie. Marzył mi się triathlon w Bydgoszczy czy Triathlon Charzykowy. Jednak taka decyzja łączyłaby się ponownie z półrocznym kołowrotkiem treningowym oraz zakupem roweru triathlonowego (bo już z moim MTB nie chciałabym się ponownie męczyć...). Postanowiłam więc skupić się w tym roku tylko na bieganiu.
Maratona di Roma! :D
Pierwszy i chyba najważniejszy bieg w tym roku! :D Byłam w Rzymie tylko raz, ale zostawiłam tam kawałek swojego serducha. Zakochałam się nieodwołalnie i obiecałam sobie, że kiedyś tam wrócę. Na myśl o tym, że będę tam biec maraton, mam ochotę skakać z radości! To jest jedno z moich biegowych marzeń, które już 2 kwietnia będzie miało okazję się spełnić :)
Maratona di Roma! :D
Pierwszy i chyba najważniejszy bieg w tym roku! :D Byłam w Rzymie tylko raz, ale zostawiłam tam kawałek swojego serducha. Zakochałam się nieodwołalnie i obiecałam sobie, że kiedyś tam wrócę. Na myśl o tym, że będę tam biec maraton, mam ochotę skakać z radości! To jest jedno z moich biegowych marzeń, które już 2 kwietnia będzie miało okazję się spełnić :)
poniedziałek, 21 listopada 2016
poniedziałek, 10 października 2016
Maraton, którego nie było...
Powoli wracałam do dobrej formy.
Tydzień wcześniej udało mi się po raz 2. złamać 50 minut na 10 km, choć ani
tego nie planowałam, ani nie trenowałam. Nogi były lekkie i przygotowane na
maraton. Gdzieś tam z tyłu głowy kołatała mi się nawet myśl, że może udałoby mi się poprawić
czas z zeszłego roku...
Było zajadanie makaronów. Było
wybieganie nowych butów, żebym później nie kwiczała podczas maratonu. Były
długie wybiegania – zaraz po przekroczeniu mety półmaratonu w Swarzędzu i Jarocinie pobiegliśmy z A.
jeszcze kilka km, żeby „dobić nogi”.
I nagle wszystko trafił szlag. Bo
zachciało mi się zachorować. 3 dni przed maratonem…
piątek, 5 sierpnia 2016
Poznań Triathlon cz. 2. Relacja
Piątek
Dzień przed triathlonem co jakiś czas powtarzałam sobie w głowie listę rzeczy, które musiałam zabrać do strefy zmian. W duchu modliłam się też o bezwietrzną pogodę, inaczej wiatr zamieniłby zarówno odcinek pływacki jak i rowerowy w niezły armagedon. Razem z A. odebraliśmy pakiet startowy, odbyliśmy odprawę techniczną i zostawiliśmy rower w strefie zmian. To JUŻ!
Dzień przed triathlonem co jakiś czas powtarzałam sobie w głowie listę rzeczy, które musiałam zabrać do strefy zmian. W duchu modliłam się też o bezwietrzną pogodę, inaczej wiatr zamieniłby zarówno odcinek pływacki jak i rowerowy w niezły armagedon. Razem z A. odebraliśmy pakiet startowy, odbyliśmy odprawę techniczną i zostawiliśmy rower w strefie zmian. To JUŻ!
niedziela, 31 lipca 2016
Poznań Triathlon cz.1. Cała prawda o moim triathlonie...
Decyzja
zapadła 31 grudnia. Weszłam na stronę Enea Challenge, zapisałam się na
triathlon i od razu zapłaciłam, żeby nie było odwrotu. To miała być pierwsza poważna decyzja na nowy 2016 rok. Decyzja kompletnie z czapy. Nie miałam nic, co byłoby przeznaczone do
triathlonu. Ani pianki, ani nawet roweru. Ani bliskiej osoby, która zrobiła to przede mną i przetarła mi szlaki.
Treningi
Od
stycznia rozpoczęłam intensywne treningi, które trwały ponad pól roku. Około 10 treningów tygodniowo, nieraz 2 treningi
dziennie. Pływanie, spinning, bieganie, siłownia…. Tylko ja wiem, jak często
słowa „Dam radę!” mieszały się ze zrezygnowanym „Nokurwajapierdolę”….
Nauczyłam
się pływać 4 lata temu. Wcześniej wpadałam w panikę, gdy woda sięgała mi do kolan.
Co tu dużo ukrywać – pływałam beznadziejnie. Dlatego pływania bałam się najbardziej,
to była zdecydowanie moja najsłabsza
strona. Gdy po przepłynięciu kraulem 25 m prawie umarłam, byłam
przerażona. „Triathlon?! Chyba upadłam na głowę” – myślałam za każdym razem,
gdy ze łzami w oczach wychodziłam z basenu. Stopniowo wyrabiałam sobie
wydolność pływacką, jednak nadal czułam, że coś jest nie tak i w końcu doszłam
do punktu, w którym stwierdziłam, że sama sobie dalej nie poradzę. I tak trafiłam na Kuźnię Triathlonu, z którą
zostałam już do końca. Dzięki trenerom mój kraul w końcu zaczął przypominać kraula.... Moment, w którym odkryłam, że branie oddechu co drugi ruch znacznie ułatwia pływanie, sprawił, że
świat stał się nagle piękniejszy … W końcu przepłynięcie 2 km w ciągu godziny
nie stanowiło już problemu. Przeżyłam też pierwszy trening open water. Nie wierzyłam, ze kiedyś naprawdę polubię pływanie.
wtorek, 28 czerwca 2016
Maraton Gór Stołowych - walka do samego końca!
- AAAAUUUAAA! – wydarłam się.
- Dobra, koniec. Rezygnujemy z biegu
– stwierdził A., pochylając się nade mną.
Minęliśmy dopiero 13. km, a ja
leżałam w poprzek ścieżki i próbowałam powstrzymać napływające do oczu łzy. A
wszystko przez to, że chciałam okiełznać te cholerne zbiegi i przekonać samą
siebie, że nie są one takie straszne. I bardzo szybko przekonałam się, że moje
lęki były jak najbardziej uzasadnione. Zaliczyłam bardzo piękną wywrotkę i
prawdopodobnie leżałam teraz ze skręconą kostką.
Pochylił się nade mną jeden z biegaczy, który sam miał zakrwawione jedno kolano i
z jak największą delikatnością próbował poruszać moją stopą. Mijali nas
inni uczestnicy biegu, pytając się, czy wszystko w porządku.
- Rezygnujemy? – spytał
ponownie A. pomagając mi wstać. – Moglibyśmy się jeszcze cofnąć do Pasterki.
- Nie. Biegniemy dalej. –
powiedziałam trzęsącym się głosem. Poddać się?? Na samym początku??
Nie doprowadzałam do siebie myśli, że wszystko ma się po prostu tak
prozaicznie skończyć.
Próbowałam zrobić kilka kroków, po czym przeszłam delikatnie do biegu. Stopa zwisała mi bezwładnie, jak drzwi wyrwane z zawiasów. Próbowałam opierać ciężar ciała na palcach. Powoli ruszyliśmy do przodu.
Na 20-stym km przewróciłam się ponownie i zdarłam sobie kolano.
środa, 22 czerwca 2016
Bieg ultra za 3 dni, triathlon za miesiąc - zaczyna się gównoburza...
Bieg ultra
50 km biegu po
górach. Brzmi jak żart, albo sen. Sen, który za kilka dni ma się spełnić. To będzie bardzo długi bieg... Dłuższy niż maraton, o wiele cięższy, z 9-cio godzinnym limitem czasu i z grzejącym słońcem nad głową.
Czy czuję
się gotowa? Co mnie czeka? Ile razy będę kląć na trasie? Czy będę mięć traumę i nigdy więcej nie wrócę w ukochane góry? Czy dam radę?
Cholera jasna - nie wiem. Ta niewiedza powoduje strach, ale jednocześnie sprawia, że bieg jest podróżą w nieznane. A podróże "dokądś" wzbudzają ciekawość i ekscytację. I z chęcią Wam o tym wszystkim opowiem. O ile to przeżyję...
Triathlon
Zawsze przerażało mnie pływanie. No bo jak to - przepłynąć 1500 m w godzinę?! Niemożliwe. Teraz, kiedy mój kraul stał się bardziej kraulem i kiedy w ciągu godziny przepływam 2 km, pływanie już tak nie przeraża. Za to rower! O tak, to jest koszmar, który śni mi się po nocach. Że moje mięśnie tego nie zniosą. Że się nie zmieszczę w limicie czasu. Że się poddam i polegnę na "zwykłym" rowerze.
Zaczyna się ostateczne odliczanie. Coś, co jeszcze pół roku temu wydawało się odległym terminem, teraz jest niebezpiecznie blisko...
Proszę o zaciśnięcie kciuków. Trzy, dwa, jeden...
Proszę o zaciśnięcie kciuków. Trzy, dwa, jeden...
wtorek, 12 kwietnia 2016
Podsumowanie marca i treningi w kwietniu
Czasu nie da się zatrzymać. Płynie jak szalony - w przeciwieństwie do mnie ;) (mistrzem szybkości na basenie to niestety nie jestem). Zmniejszająca
się liczba dni, które dzielą mnie od Maratonu Gór Stołowych i triathlonu
zaczyna mnie powoli przerażać. W głowie pojawiają mi się różne myśli. Te
dołujące dominują wtedy, kiedy wychodzę z basenu i jestem totalnie załamana swoim
kraulem. Bo muszę Was uświadomić, że moje ciało jakimś dziwnym trafem opracowało
swój indywidualny styl pływacki ;) Pojawia się też zmęczenie, które jest nieuchronne przy intensywnych treningach. Pozytywne myśli zaś
kiełkują w momentach, kiedy wyobrażam sobie przekraczanie linii mety, wspaniałe widoki podczas Maratonu Gór Stołowych lub po prostu przypominam sobie, że przecież to wszystko miało być robione dla zabawy. A że ta
zabawa wymaga trochę poświęcenia? Cóż... No pain no gain :)
Moje treningi w marcu wyglądały
następująco:
MARZEC
|
130 przebiegniętych
km
11 x basen
3 x spinning
5 x tabata
4 x trening wzmacniający
|
Na basenie przepłynęłam
nieco ponad 11 km. Przyznaję się, że z braku czasu kiepsko wyglądał u mnie spinning. Biję się w piersi i obiecuję poprawę.
W marcu również udało się zrobić 25-kilometrowy trening typowo crossowy z licznymi podbiegami (w ramach przygotowań do Maratonu Gór Stołowych).
W
kwietniu grafik będzie wyglądał trochę inaczej. Zamierzam zwiększyć trochę
częstotliwość i intensywność treningów. Rozpoczęłam też treningi z Kuźnią
Triathlonu, żeby podreperować mojego pseudokraula.
Pierwszy tydzień kwietnia wyglądał tak:
Dalsze plany na kwiecień? Obowiązkowo zrobić:
EKG i echo serca,
badanie krwi,
kontrolną analizę składu ciała (którą robię co miesiąc).
Zostało coraz mniej czasu, trenować trzeba dalej. Tylko spokój może mnie uratować ;)
wtorek, 16 lutego 2016
Moja tygodniowa rozpiska treningowa - przygotowania do triathlonu
Chyba nie odkryję
Ameryki mówiąc, że trenując do triathlonu trzeba być dobrze zorganizowanym. A
przynajmniej starać się być. Dlatego wszelkie tabelki i rozpiski stały się
naszą nową weekendową tradycją. Bo trzeba jakoś ogarnąć te wszystkie treningi i
próbować je wcisnąć pomiędzy pracą, moimi zjazdami na studia, które mam co
weekend (tak, w KAŻDY weekend), oraz znalezieniem po prostu czasu dla siebie
nawzajem. Nie jest to łatwe, ale, jak się przekonaliśmy sami na sobie –
do zrealizowania. Na szczęście często trenujemy wspólnie, wiec, jakby nie patrzeć,
spędzamy czas razem. Tylko troszeczkę inaczej niż inne małżeństwa :D
Grafik z zeszłego tygodnia:
PON.
|
WT.
|
ŚR.
|
CZW.
|
PT.
|
SOB.
|
NIE.
|
WOLNE
|
BASEN
|
BIEGANIE
|
TRENING SIŁOWY
|
BASEN
|
BIEGANIE
|
BIEGANIE
BASEN
|
środa, 6 stycznia 2016
Spełniam marzenie - triathlon 2016!
Co roku pod koniec grudnia spisujemy z A. postanowienia na kolejny rok (oczywiście za każdym razem inne ;) ). Na tej liście znalazł się szczególny dla mnie punkt - ukończyć triathlon!
Triathlon chodził mi po głowie
od dawna. Marzył mi się jeszcze 2 lata temu i jego ukończenie pociągało mnie
jeszcze bardziej niż przebiegnięcie maratonu. Nie wiem co mnie do niego
ciągnie. Może chęć zobaczenia granic swojego organizmu i tego, ile jeszcze mogę. I może jeszcze zbadania, ile % masochisty we mnie tkwi :P
wtorek, 20 października 2015
16. PKO Poznań Maraton - o tym jak zostałam maratończykiem! :D
Kilka lat temu, krótko po tym
jak razem z A. zamieszkaliśmy razem w Poznaniu, odbywał się w mieście maraton. Trzymając się za ręce, jeszcze jako panna i kawaler, wyszliśmy na spacer wzdłuż trasy biegu
popatrzeć na biegaczy. W pewnym momencie minął nas starszy pan, około 70-letni, który
dzielnie pokonywał kolejne metry. Nie mogłam wyjść z podziwu dla niego. On, senior, jest w stanie przebiec 42(!) km, gdzie ja, osoba młoda, padłabym po 2 km. Wszystkie osoby biegnące w w tym
maratonie jawiły mi się jako herosi, zdolni do ponadludzkiego wysiłku, a ten
starszy pan w szczególności. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła mi się myśl: Też bym
tak chciała…. Pojawiła się i znikła, by ponownie ujawnić się 5 lat później.
Zrobiłam to! Przebiegłam maraton! :D Wygrywając po drodze walkę z anemią i przeziębieniem. Mogę o sobie powiedzieć: jestem MARATOŃCZYKIEM! :D
Zrobiłam to! Przebiegłam maraton! :D Wygrywając po drodze walkę z anemią i przeziębieniem. Mogę o sobie powiedzieć: jestem MARATOŃCZYKIEM! :D
czwartek, 1 października 2015
Survival Race, czyli jak to jest poczuć się początkującym komandosem :D
Coś dla tych, którzy chcą sobie
przypomnieć, jak to było kiedyś być dzieckiem. Taplanie w błocie, zawieszanie
się na krawędzi, czołganie po ziemi, ślizganie się po wielkiej zjeżdżalni z
lądowaniem w kałuży – wszystko to zapewniał Survival Race. I o ile przeszkody
na placu zabaw nie są zbyt dużym wyzwaniem dla maluchów, to już dorośli mają
już spory problem z pokonywaniem toru przeszkód. Kto podjąłby rękawicę?
wtorek, 18 sierpnia 2015
Czy zostanę maratończykiem? Start w maratonie pod znakiem zapytania...
16. Poznań Maraton już
za 53 dni, pakiet startowy już dawno wykupiony, ale sam udział w biegu… pozostaje
pod znakiem zapytania. Ciągle trwa moja walka z anemią, która w tym roku jest
wyjątkowo wredna i nie chce odpuścić. Brak tchu podczas treningu jest normą i
muszę naprawdę zejść do niskiego tempa biegu, żeby ustabilizować oddech i puls.
Całkiem niedawno musieliśmy z A.
zakończyć trening wcześniej niż zakładaliśmy, bo moje tętno przy tempie 6:05
nie chciało zejść poniżej 168 (!).
Od lekarza uzyskałam pozwolenie na bieganie (pilnując tętna), więc, póki mogę, to z tego pozwolenia korzystam (nie rozstając się z pulsometrem). Tak naprawdę dodatkowe badania, które będę musiała wykonać we
wrześniu, mają dać odpowiedź na to, czy mogę wystartować w maratonie. Póki co
wszystko stoi pod znakiem zapytania.
Najbardziej niekomfortowe jest dla mnie
to, że w obecnej sytuacji nie mogę rozpocząć „prawdziwych” przygotowań do
maratonu. O ile dłuższe wybiegania (np. 21 km) nie są dla mnie wielkim problemem (przy
odpowiednim tempie biegu), o tyle robienie interwałów, czy ćwiczenie siły
biegowej odpada. Podbiegi prawie mnie zabijają i trudno mi po nich ustabilizować puls. Gdy ewentualnie uzyskam we wrześniu zgodę na udział w maratonie, to nie będę czuła się do niego
odpowiednio przygotowana. Elementy treningu, które powinny być wdrażane, prawdopodobnie pozostaną nietknięte. Jaki
to będzie miało wpływ na bieg na takim dystansie – tego mogę się tylko
domyślać. Wiem jedynie, że psychicznie będę czuła się źle z myślą, że w swoich przygotowaniach nie
dopięłam wszystkiego na ostatni guzik. Jestem strasznie zła na tą fizyczną niemoc i mam wrażenie, jakbym w swoim poziomie zaawansowania treningowego zrobiła ogromny krok w tył...
Teraz jedynie mogę tylko czekać na
poprawę zdrowia. I dać sobie czas, by przemyśleć, czy aby ten październikowy maraton to na
pewno jest dobry pomysł…
piątek, 17 lipca 2015
Bieganie z drugą połówką
Kiedy zaczynałam biegać, byłam
pewna, że mój mężu szybko do mnie dołączy. Wiecie – myślałam że męska potrzeba rywalizacji nie pozwoli mu pozostawać biernym przy aktywnej żonie. Przebiegałam już swoje pierwsze "dyszki" na zawodach, a nawet miałam za sobą pierwszy półmaraton, jednak ciągle okazywało się, że A. kompletnie nie ruszają moje działania. Owszem, jeździł ze mną na biegi, kibicował na trasie, chwalił za każde postępy. Ale w swoim kierunku nie robił nic. Kiedyś tylko na
Dyszce Drzymały, obserwując otaczający tłum wypsnęło mu się: "Jest taka atmosfera,
że aż się chce zacząć biegać”.
A. ma siedzący tryb
pracy, jego codzienna aktywność ograniczała się jedynie na wychodzeniu z samochodu, pokonywaniu dystansu
między lodówką, a tapczanem, ewentualnie chodzeniem do sklepu po bułki. Zaczęłam się o niego martwić. Z racji swojego zawodu i skończonych studiów miałam przed oczami czarne wizje tego, co może grozić osobie, której aktywność jest ograniczona do minimum. Wyciągnęłam zatem najcięższe działo – zaczęłam
go straszyć. Działałam mu na wyobraźnię
grożącą mu miażdżycą, zawałem lub ewentualnie obrazem szczupłej i wysportowanej żony przy boku
grubego męża. Chciałam, żeby COŚ zaczął robić, ze względu na swoje zdrowie.
Nie wiem, co na niego podziałało najbardziej (dam głowę za to, że wizja nas
dwojga w wersji Flip i Flap), najważniejsze było jednak to, że wyszliśmy na
nasz pierwszy wspólny trening.
środa, 24 czerwca 2015
3. PKO Nocny Wrocław Półmaraton
Osiągnięty czas: 1godz:52min:38s
Uwielbiam Wrocław. To miasto z niesamowitą atmosferą, do którego chce
się wracać. Dlatego też, jak tylko nadarzyła się okazja pojechać tam na
półmaraton (wygrałam pakiet), ochoczo z A. przystaliśmy na to, żeby ponownie
odwiedzić stolicę Dolnego Śląska.
Pierwszy raz na zawodach mieliśmy biec półmaraton o takiej porze (start był o godz. 21). W ciągu dnia musieliśmy uważać
na to co jemy i pijemy, co nie jest wcale takie łatwe, gdy jest się skazanym na
jedzenie na mieście. Dodatkowo praktycznie cały czas padało i już miałam przed oczami
wizję, jak to przez 21 km przedzieramy się przez ściany deszczu... A później stał się cud. Na dwie godziny przed
półmaratonem pogoda znacznie się poprawiła! Co prawda było strasznie zimno
(naprawdę mamy czerwiec??), jednak, co najważniejsze - przestało padać! Bez większych problemów dotarliśmy na start (zasada: „idź za tłumem” jak zawsze się sprawdziła).
Subskrybuj:
Posty (Atom)











